Lepiej mierzyć wysoko i trafić nisko
Wiele razy zdarzyło mi się przyłapać na tym, że nad jakimś projektem długo pracowałem i poświęcałem mu prawie całą swoją energię, i z powodu niespełnienia moich oczekiwań – czy po prostu nie osiągnięcia założonego celu, porzucałem. Potem po dłuższym czasie, przyglądałem się tym projektom, w taki stanie jak je pozostawiłem – i okazywało się że często bardzo niewiele brakowało do osiągnięcia sukcesu, a nawet jeśli nie dało się osiągnąć założonych celów to i tak projekt był zrobiony bardzo dobrze i można go było w inny sposób wykorzystać. Tylko to wymagało jeszcze trochę pracy, właśnie wtedy gdy już miałem dość i nie mogłem już nawet na to patrzeć.
Znacie to uczucie?
To typowy scenariusz, gdy od razu stawiamy poprzeczkę zbyt wysoko, i próbujemy osiągnąć coś co przerasta nasze możliwości. Rzecz w tym, że zamiast to w porę zauważyć, w miarę pojawiania się trudności, i zweryfikować swój cel czy oczekiwania wobec projektu, uparcie dążymy do „Świętego Graala”. Doskonale opisuje tą sytuację powtarzane często zdanie, z którego wielu ludzi czyni swoje motto że „lepiej mierzyć wysoko i chybić, niż mierzyć nisko i trafić”. Najgłupsze motto jakie w życiu słyszałem. Owszem, jeśli chcemy się rozwijać, to naturalnie będzie się zdarzać że postawimy przed sobą cel którego nie uda się nam osiągnąć. Ale przecież chodzi o to by jednak osiągać jakieś cele, po to pracujemy, czyż nie?
Jakie skutki może mieć zbyt częste stawianie sobie zbyt ambitnych celów – oprócz oczywiście nie osiągnięcia i zmarnowania czasu/wysiłku/środków? Łatwo sobie odpowiedzieć na to pytanie, gdy zastanowimy się na czym polega istota tresury, czyli uczenia zwierząt (ale nie tylko) pożądanych przez nas zachowań. W bardzo czytelny sposób opisał to Alex Barszczewski na swoim blogu, posługując się przykładem orki, która dostaje nagrodę po każdym wykonaniu kroku we właściwym kierunku. W ten sposób pożądane przez nas zachowanie zostaje wzmocnione.
Stawiając sobie systematycznie zbyt trudne cele, fundujemy sobie karę. Tak, stosując się konsekwentnie do zasady „lepiej mierzyć wysoko i chybić”, równie konsekwentnie fundujemy sobie karę (w postaci rozczarowania po niepowodzeniu) po każdym zaangażowaniu się w ambitny projekt. Stąd przy kolejnym projekcie, jest coraz większe ryzyko (a nieraz i pewność) że nie doprowadzimy niczego do końca, ponieważ utrwala się powiązanie negatywnych bodźców z prowadzeniem ambitnego projektu/zadania.
Jasne jest więc że należy zaczynać od zadań i projektów, które jest nam stosunkowo łatwo doprowadzić do pomyślnego zakończenia. Tylko że to często też nie wystarcza, by później mimo serii porażek, umieć postawić sobie kolejny ambitny cel i zaangażować się w pełni. Bardzo często te porażki ponosimy tylko dlatego że nie umiemy zrewidować celu czy też oczekiwań.
Ktoś powie: problem w źle postawionym celu. Ale pomyśl – zanim zaczniesz pracować nad jakimś ambitnym, i zupełnie nowym projektem, to tak naprawdę nie wiesz co da się osiągnąć. Poznajemy rzeczywistość dopiero w trakcie dążenia do celu, okazuje się że wiele rzeczy działa inaczej niż zakładaliśmy, lub pojawiają się nieprzewidziane okoliczności. Dlatego trzeba umieć zmienić swój cel, już w trakcie dążenia do niego. I tutaj zabójczy okazuje się sposób myślenia „zero-jedynkowy”, który bardzo często obserwuję u ludzi (i u siebie): cel jest albo osiągnięty, albo nie osiągnięty. Zgodnie z tym, obniżenie sobie w trakcie wymagań, będzie oznaczać pewną porażkę. Bo cel nie został osiągnięty.
Ja od niedawna (ok. 3 lat) staram się stosować w takich przypadkach regułę: czy po osiągnięciu tego okrojonego celu coś zyskałem względem sytuacji gdybym w ogóle zrezygnował? Czy przed postawieniem sobie tego celu, w tej sytuacji w jakiej wówczas byłem, oceniłbym że warto ponieść taki koszt by osiągnąć to co udało mi się osiągnąć? Jeśli odpowiedź jest „TAK”, to uznaję to za sukces. Nasza ocena jest zniekształcana przez cel, jaki sobie postawiliśmy na początku – ponieważ mimowolnie uznajemy go za minimum, za stan wyjściowy. A przecież stan wyjściowy, był zupełnie inny!





